Cztery tygodnie temu Witek zapisał się na kurs fotografii dla blogerów kulinarnych. Zgadnijcie jakie dostał zadanie domowe i to już na drugiej lekcji? Tak, w ramach ćwiczeń musiał zrobić zdjęcie potrawy, która albo nie grzeszy urodą z natury, albo wyjątkowo trudno się fotografuje. Jako przykłady podane miał wszelkie pasztety, gulasze, curry, chili i tym podobne smakowite papki. Moją pierwszą myślą było - ugotuję rendang! Bo jeśli teraz nam się nie uda, to nie uda się już nigdy. Tym bardziej, że instruktorzy (Lara Ferroni i Ron Goldman) nie zostawili kursantów samym sobie i podali mnóstwo tricków i sposobów, na pokazanie urody niefotogenicznego jedzenia. Podali też jedną bardzo pomocną wskazówkę - kazali przeszukać gazety, książki i internet w poszukiwaniu zdjęcia, które będzie się nam podobać i polecili spróbować je odtworzyć. Właśnie, odtworzyć, nie skopiować. Bo kopiuje się bezmyślnie, a przy otwarzaniu trzeba pomyśleć, czemu fotograf i stylista zastosowali takie a nie inne światło, kadr, naczynia, dodatki i kolory. Szanse są, że zdjęcie i tak wyjdzie zupełnie inne.
Wśród naszych finalistów znalazło się zdjęcie wyszperane na Tastespotting (niestety, została tam teraz tylko miniatura, autor usunał już oryginał ze swojej strony a szkoda) oraz, a to ci dopiero niespodzianka, fotografia z jednego z ostatnich wydań Donna Hay Magazine. To pierwsze, choć piękne, odpadło ze względu na brak odpowiednich dodatków, została niezawodna jak zawsze Donna. Rezultat możecie ocenić poniżej. Nam się podoba, instruktor również wydał przychylny wyrok, choć kilka niedociągnięć znalazł.
Wypadałoby jeszcze dorzucić słówko o samym przepisie. Ta niezwykle aromatyczna wołowina z dodatkiem kokosu zapadła mi w pamięć w czasie pobytu w Malezji. (Potrawa pochodzi z Indonezji, ale popularna jest również w sąsiadujących z nią krajach). Po przepis zwróciłam się więc z prośbą do znajomej Malezyjki, a ta odesłała mnie do bloga Rasa Malaysia, z którego sama często korzysta. Lepszej rekomendacji nie potrzebowałam.
Wołowina w korzennym sosie z kokosem
Beef rendang/Rendang daging
wg przepisu z bloga Rasa Malaysia (zmiany minimalne)
4 porcje
pasta korzenna:
- 4-5 szalotek, posiekanych (1/3 szklanki po drobnym posiekaniu)
- 2-3 cm kawałek galangalu
- 3-4 trawy cytrynowe, tylko biała część
- 5 ząbków czosnku
- 2-3 cm kawałek imbiru
- 1-2 suszone chili, namoczone w wodzie, bez nasion *
- 2 łyżki oleju
pozostałe składniki:
- 750 g wołowiny na gulasz (u mnie szponder), pokrojonej w dużą kostkę
- 3 łyżki oleju
- 1 laska cynamonu
- 1 trawa cytrynowa, przekrojona na 2-3 kawałki i lekko zmiażdżona
- 1 szklanka mleka kokosowego
- 1 szklanka wody
- 2 łyżeczki pulpy tamaryndowej (suszony tamarynd, namoczony w wodzie i oddzielony od pestek)
- 3 goździki
- 3 sztuki anyżu gwiaździstego
- 3 strączki kardamonu
- 6 liści limonki kaffir
- 6 łyżek uprażonych wiórków kokosowych (kerisik)**
- 1 łyżka cukru palmowego lub brązowego (albo do smaku)
- sól, do smaku
- opcjonalnie: świeża kolendra

Składniki pasty korzennej posiekaj na mniejsze kawałki i zmiel na pastę w blenderze. Pod koniec dodaj olej, dobrze wymieszaj.
Na dużej patelni lub w garnku z grubym dnem rozgrzej 3 łyżki oleju i zrumień na nim mięso. Jeśli podczas smażenia z mięsa wytopiło się dużo tłuszczu, usuń większość. Dodaj przygotowaną wcześniej pastę i smaż na średnim ogniu, mieszając, przez 2-3 minuty, aż przyprawy dobrze obtoczą mięso i zaczną wydzielać mocny zapach. Dodaj cynamon, trawę cytrynową oraz mleko kokosowe, wodę i tamarynd. Doprowadź do wrzenia, zmniejsz ogień i gotuj, pod przykryciem, aż mięso zmięknie, około 2 godzin, od czasu do czasu mieszając.
Do miękkiego mięsa dodaj resztę przypraw - goździki, anyż gwiaździsty, kardamon i liście limonki kaffir (dla wygody zawiń wszystko w kawałek gazy, będzie to można później łatwo wyjąć z sosu) oraz kerisik (prażone wiórki kokosowe) i łyżkę cukru. Wymieszaj dobrze i gotuj dalej, na minimalnym ogniu, przez kolejną godzinę lub dłużej, aż mięso będzie bardzo miękkie, prawie rozpadające się, a większość sosu odparuje. Niektórzy odparowują sos prawie całkowicie, aż w garnku zostanie tylko mięso obtoczone przyprawami. Ja zdecydowałam się na zostawienie pewnej jego ilości. Na koniec powyjmuj przyprawy (te zawinięte w gazę oraz cynamon i trawę cytrynową, jeśli ci przeszkadzają) i dopraw wołowinę solą do smaku - nie będzie potrzebowała jej dużo, a jeśli trzeba, dodaj więcej cukru.
Podawaj z gotowanym ryżem. Posyp świeżą kolendrą.
Rendang smakuje jeszcze lepiej na drugi dzień po ugotowaniu.
* W oryginalnym przepisie było 10-12 papryczek, ale ponieważ różna jest ich moc i różna jest ludzka na tę moc odporność, polecam dodanie za pierwszym razem jednej lub dwóch. Mogę tylko powiedzieć, że 10 paliło naprawdę mocno!
** Wiórki kokosowe praż na suchej patelni aż nabiorą złotobrązowego kolou. Podczas prażenia cały czas mieszaj.


Gratuluje efektu. Widac, ze nauka nie poszla w las. :) A przepis na pewno wyprobuje. Bo choc przymierzalam sie kilkakrotnie, to rendang jeszcze nie gotowalam. A uwielbiam.
OdpowiedzUsuńMalgosho, dziękuję w imieniu swoim i fotografa :-) I mam nadzieję,że będzie lepiej i lepiej. Tylko, że ten kurs miał efekt uboczny w postaci sesji foto, trwających od rana do wieczora. Człowiek nagle zaczął zauważać popełniane wcześniej błędy...
UsuńTo chyba najladniejsze zdjecie wolowiny rendang, jakie widzialam. A na takie warsztaty sama chetnie bym sie zapisala!
OdpowiedzUsuńStrasznie zazdroszczę Witkowi instruktorki w osobie Lary Ferroni! Zdjęcie bardzo mi się podoba, zresztą jak wszystkie Wasze zdjęcia. Danie znam i lubię, ale chętnie sobie przypomnę jego smak :)
OdpowiedzUsuńPS
Mnie największe trudności, oprócz mało apetycznych brei, sprawiają zupy...
Maggie, Anoushko, usiłuję wymusić na Witku, żeby napisał relację z tych warsztatów, ale się opiera :-)
OdpowiedzUsuńwygląda po prostu profesjonalnie :-)
OdpowiedzUsuńTo także jedna z ulubionych potraw Ricka Steina, w swoim programi nie mógł się jej nachwalić:-)
OdpowiedzUsuńAniu, bardzo lubię, gdy Rick Stein pisze/opowiada o azjatyckiej kuchni. O innych zresztą też. Bardzo sensownie to robi.
UsuńDużo składników, ale takie wyzwania lubię bo smak wynagradza wszystko! :)
OdpowiedzUsuńWarsztaty ... nie ma co owijać w bawełnę - zazdroszczę :)
Jak zwykle zgadzam się z Żabą - Anoushką bo zdjęcia macie fenomenalne!
Zjedlibyśmy :) No i też zazdrościmy. Zakupiłem ostatnio książkę Lary Ferroni a swojego czasu słuchałem wykładów Rona Goldmana w necie, taki duet na żywo musi być niesamowity, no i na pewno dobrze wydane pieniądze :)
OdpowiedzUsuńEfekt naprawde fantastyczny. Nie wierzylam, ze to mozliwe:-) Pamietam jak swego czasu pisalas mi, ze zrobilas, ale nie odwazylas sie opublikowac zdjecia. Ja swoj rendang opublikowalam ze wzgledu na smak (bo zdjecie zrobione zwykla cyfrowka dorownuje innym kupom z internetu) i nawet napisalam, ze to najmniej fotogeniczne danie swiata:-)
OdpowiedzUsuńPamietam również, bo to było rzeczywiście bardzo frustrujące. Już na talerzu wyglądało lepiej niż na zdjęciu. Kończyło się zjedzeniem. Chyba przy tego typu potrawach aparat odgrywa mniejszą rolę od znalezienia odpowiedniego otoczenia w postaci talerzy, tła i dodatków. Ale to jest, niestety, bardzo czaso- i pracochłonne, i nie ma mowy, żeby poświęcać tyle czasu każdemu zdjęciu. Chyba że jest się zawodowym stylistą.
UsuńBardzo ładne zdjęcie! Robiłam Rendang i dobrze wiem, jak trudno go sfotografować - danie jest przepyszne, ale wyjątkowo brzydkie.
OdpowiedzUsuńStrasznie zazdroszczę Witkowi tych warsztatów!
Wspaniałe zdjęcie! Moim zdaniem podołaliście zadaniu.
OdpowiedzUsuńAż człowiek ma ochotę zjeść.;)
Pozdrawiam i zapraszam do siebie;)
Jeśli choć jedna osoba nabrała ochoty na rendang to znaczy, że zadanie zostało dobrze wykonane :-) Dziękujemy wam za odzew!
UsuńŚwietne zdjęcie :) Zdecydowanie apetycznie wygląda, aż się chce usiąść i skosztować :)
OdpowiedzUsuńRzeczywiscie, zdjecia w internecie nie zachwycaja. Ale Wasze zdjecie jest rewelacyjne! Az zroblam sie glodna :) Sama chetnie zapisalabym sie na kurs forografii bo mam wrazenie, ze jest ze mna coraz gorzej... :))) Musze sie rozejrzec w okolicy.
OdpowiedzUsuńPozdrowienia.
Ja jestem pod wrażeniem, ile takie kursy dają. O ile człowiek naprawdę chce się czegos nauczyć, rzecz jasna :-)
UsuńWyprobowalam. Pyszny przepis. Dzieki za podzielenie sie nim! Najlepiej zrobic na pare dni, bo z kazdym odgrzaniem mieso staje sie bardziej kruche i potrawa zyskuje na smaku. Mozna dodac wiecej chili, choc niekoniecznie tyle co w oryginalnym przepisie. Nie wyjmowalam lisci lemonki, bo mi one po prostu smakuja. Pozdrawiam- Iwona
OdpowiedzUsuńŚwięta prawda. Po poleżeniu w garze i odgrzaniu jest jeszcze lepszy. Liście i przyprawy jak najbardziej można zostawić (liście w oryginale są cięte w cieniutkie paseczki i zostawione w sosie), ja mam małą fobie z rozgryzaniem całych przypraw, troszkę tego aromatu jest dla mnie wtedy za dużo :-) Chili, wiadomo, każdy ma inna odporność, mnie najlepiej pasuje złoty środek, tak 4-5 sztuk, ale ostrożności nigdy za wiele.
UsuńIwono, dziekuję bardzo za podzielenie się uwagami!